FANDOM


Uwaga! Zanim przeczytasz tę pastę, przeczytaj te:

Olivier Łowca Skór

Bezoki Jack (Eyeless Jack)


Olivier odpoczywał po ostatnim z zabójstw. Rozparł się wygodnie na swoim ulubionym fotelu - tym okrytym skórą lepkorękiego prokuratora - i zapalił papierosa. Taaak... masakrowanie ciała ludzkiego i sprawna jego obróbka to bardzo odprężające zajęcie. I pouczające. Olivier wypuścił dym z ust. Tyle się człowiek napatrzy... Ale jego misja to było coś więcej. Łowca Skór swą maniakalną żądzę mordu łączy z naprawą świata. On eliminował tych złych.

Skrzywił się sam do siebie. Był niespełniony. Ostatnio brał na warsztat zwykłych grzeszników. Nie rozwijał się. Teraz pora na jakieś wyzwanie. Otworzył gazetę. Już na drugiej stronie jego zmęczone oczy zobaczyły:

Dyrektor Banku Narodowego Mikołaj Janowski oskarżany o liczne nadużycia finansowe. Sam zaprzecza, uważając takie podejrzenia za oszczerstwa. Na razie nie ma na niego żadnych dowodów.

Tu Olivier zatrzymał się na chwilę. No jasne! Ekonomia! Tu zawsze jest tyle przewałów! Grubi prezesi i kierownicy kradną pieniądze zwykłym prostym ludziom bez mrugnięcia okiem. No, panie dyrektorze, bardzo miło byłoby mi mieć pańską skórę na jednej z sof...


Niska postać stała pochylona. Nagle do pomieszczenia weszła młoda dziewczyna.

- Co robisz? - spytała z nudów.

Postać odwróciła się jak oparzona. Dopiero gdy dostrzegła znajomą twarz, uspokoiła się. Był to mężczyzna o zaciętych ustach i czarnych otworach zamiast oczu, z których spływała ciemna substancja. - Nie strasz mnie więcej, Nina.     


- Dobra, dobra... Co ty tam robisz?


- Ostrzyłem nóż.                     


Nina spojrzała na niego błagalnie.


- Jack... czy ty wyruszasz na samotną misję?


- Tak - odpowiedział krótko.


- Czemu mnie nie bierzesz?


- To osobista misja. Sam sobie poradzę.


Odwrócił się i znów zaczął szlifować ostrze.

Nina the Killer odezwała się:


- Kogo zamierzasz zaatakować tym razem?


- Grubą rybę, kochanie. Grubą rybę - Jack uśmiechnął się dziś po raz pierwszy.



Dom "grubej ryby" znajdował się w luksusowej dzielnicy, na samym końcu ulicy, gdzie mieszkali sami nadziani goście. Olivier wiedział, że tacy ludzie mają systemy antywłamaniowe. Jednak w tym przypadku miał to gdzieś. Podkradł się bliżej domu. Co na pierwszy ogień? Wysoki płot z zaostrzonymi sztachetami. Morderca zgrabnie podciągnął się do góry, przerzucił swe chude, anorektyczne niemal ciało, i wylądował na trawie po drugiej stronie. Zwinnie wyminął czujniki bezpieczeństwa i wreszcie wspiął się na okno. Kościste jego palce powędrowały do wiernej, nieodłącznej linki, którą miał zawieszoną u pasa. Dalej już łatwo poszło. Pobiegł do pokoju pani domu. O, ta też ma niejedno na sumieniu... zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Olivier zacisnął jej pętlę na szyi. Gdy oczy wychodziły jej z orbit, a skóra stawała się coraz bardziej zielona, tym bardziej zacieśniał uścisk. Z rozkoszą patrząc, jak kobieta robi się sina na twarzy, a całe jej ciało drży w agonii, wyszeptał: Hasta la vista, babe.  To właśnie najbardziej uwielbiał w tej robocie. Ten widok i ten dźwięk. Żebranie o litość, przechodzące później w agoniczne rzężenie.

Nagle to rzężenie zlało się z wyciem. Alarm się włączył. To nic, mężuś przybiegnie jeszcze szybciej. Rzeczywiście tak się stało. Gdy dyrektor Banku Narodowego wbiegł do pomieszczenia, zastał swą żonę nieżywą na łóżku. Zza zasłony wyszedł wysoki, smukły mężczyzna o szatańskiej twarzy i z blizną na czole. Uśmiechał się.

- Co ty zrobiłeś?! - wrzasnął zszokowany Janowski. - Co robisz w moim domu?

Olivier ruszył w jego kierunku. Janowskiemu udało się jako tako odzyskać zmysły, pobiegł zatem do salonu, gdzie, jak pamiętał, trzymał strzelbę za kanapą. Łowca Skór mógłby z łatwością go dogonić, ale chciał mu jeszcze pozwolić się pobawić. Janowski chwycił za broń i niezgrabnie stanął naprzeciwko napastnika. Olivier zaśmiał się.


- Naprawdę myślisz, że zrobisz mi tym krzywdę, chłopczyku? - wycedził. - Jesteś nic niewartym gównem. Tylko twoja skóra jest być może coś warta, a to wkrótce sprawdzę.

Janowski wystrzelił. Początkowo szło mu nienajgorzej, ale zaraz stracił nadzieję, bo morderca zwinnie unikał kul. Wreszcie skoczył na rywala i przygwoździł go do ziemi.


- Kim ty jesteś? Jakimś nadczłowiekiem? - wykrztusił. - Nie, po prostu wystarczy nie być tłustą świnią jak ty. To dużo daje. A to dlatego, że dużo ćwiczę...


Olivier przygotowywał się już do uduszenia grzesznika i wypowiedzenia swojego słynnego sloganu, kiedy... coś skoczyło na niego z boku i z impetem rzuciło o ścianę. Poczuł ostry ból z tyłu głowy. Spojrzał na swojego napastnika.


- To mój rewir - wysapał.


Na dobre stracił swój dobry humor.


- Ten człowiek należy do MNIE - odparł Eyeless Jack tym samym tonem.


- Ty leć wycinać i żreć nerki do Ameryki, chłoptasiu. Tam jest twoje miejsce.


- Czyżby? - spytał Jack, wyciągając nóż. Olivier spojrzał na niego poważniej i sięgnął do kieszeni.


- Krótko i na temat: spieprzaj.

- Naprawdę myślisz, że pokonasz mnie tym żałosnym sznurkiem? Wiesz, ten nóż nie jest z plastiku - Olivier skoczył na niego, omijając zemdlonego ze strachu Janowskiego. Błyskawicznie chwycił go żelaznym uściskiem, jednak Jack był szybszy i przejechał mu ostrzem po podbródku. Łowca Skór odskoczył od niego, a napastnik idąc za ciosem, wbił mu nóż w nogę. Gdy walka wydawała się już przesądzona, Olivier mocno przyłożył Jackowi prawym sierpowym, po czym zmiażdżył mu kość w lewej nodze. Zakapturzony nożownik już przygotowywał się do odwetu, gdy... zapadł w sen. Jego wróg tak samo.

Obudzili się praktycznie w tym samym czasie. Obaj byli przywiązani do krzesła... patrzyła na nich kobieta w białym fartuchu.  Okropnie śmierdziało. Olivier dobrze znał ten zapach, jednak zawsze, jako morderca pedantyczny, starał się go unikać. Kobieta wskazała na leżącą na stole obok postać. Olivier przyjrzał jej się uważnie. To była chyba... dziewczynka? Tylko dlaczego się nie ruszała?... Wyostrzył swój wzrok. Gdyby nie to, że miał z tym do czynienia na co dzień, zamarłby z przerażenia. Na oko dwunastoletnie dziecko było niewątpliwie nieżywe. Jego skóra była obwisła i blada, tak jakby już dawno upłynęła z niej krew. Kończyny zaczynały żółknąć. Tylko twarz wyglądała na w miarę normalną... chociaż, właściwie, jakby się człowiek nieźle przypatrzył, dałoby się zauważyć, że jest to dość zgrabny zlepek. To ta dziewczynka wydzielała taki zapach, rzecz jasna. Zapach nieświeżych zwłok.                               

- Już wszystko prawie skończone - odezwała się kobieta. - Zabiłam setki osób i w swym geniuszu nareszcie skomponowałam wszystkie te usta, uszy, rysy twarzy, aby moja córka mogła osiągnąć doskonałą formę.

- Suko, zabierałaś mi ofiary!


Kobieta uderzyła Oliviera z liścia.


- Moje dziecko miało wypadek! - krzyknęła, znów wskazując dziewczynkę. - Wypadek samochodowy! Chciałam, żeby wyglądała normalnie! Pięć lat zabiegów! Rozumiesz?! Pięć pieprzonych lat, kiedy przeszczepiałam twarze osób, które ona pewnie chciałaby mieć, a wszystko to dla jej dobra!


- Ty wariatko, przecież ona nie żyje! - zawołał Jack. 


Spodziewał się, że za to także spotka go siarczysty policzek. Jednak kobieta przybliżyła się do niego w dziwny sposób, po czym uśmiechnęła się jak niezdrowa na umyśle.


- Słuchaj, śmieciu: jeśli jeszcze raz wyrazisz się tak o moim sreberku, zmiażdżę ci jaja bez znieczulenia, a potem każę ci to zeżreć - ta groźba niby brzmiała komicznie, ale dwóm uwięzionym i tak zrobiło się nieswojo. Jack chwilę wytrzymał to spojrzenie, a potem zapytał:


- A od nas czego chcesz?                    

- Wiedziałam, gdzie szukać was obu tej nocy... brakuje mi już tylko oczu. Ty, Olivier masz wspaniałe jasnoniebieskie. Z kolei twoje oczy, Jack, są niezwykłe - niby ich nie masz, ale dzięki czarnym oczodołom widzisz. Stoczycie teraz walkę - mówiła, przecinając ich więzy. - Ten, który wygra, jest wolny. Przegrany oddaje oczy.     

Olivier rozglądnął się po pomieszczeniu. Wyglądało jak jakieś labolatorium...              

Mordercy stanęli naprzeciwko siebie. Mieli właśnie skończyć to, co zaczęli... walka była zacięta i nierówna, dopingowana przez kobietę. Raz wygrywał Olivier, raz Jack.

W pewnym momencie Jack popchnął wroga na ścianę, prosto na fiolki z chemikaliami. Jak przez mgłę zobaczył, że rywal trzyma zapaloną zapałkę.

- Co ty robisz?! Zginiesz, debilu! Chcesz...

- Tak, tego właśnie chcę - odparł Eyeless Jack z uśmiechem.

Olivier chwycił kawałek szkła i w afekcie, nim kobieta zdążyła się zorientować, w przeciął jej czaszkę. Na oślep rzucił się na Jacka, ale ten zdążył jeszcze wrzucić zapałkę w chemikalia, choć Olivierowi udało się jeszcze nieco przypalić jego twarz. Żrące związki chemiczne w kontakcie z płomieniem i sztucznym ubraniem kobiety zapaliły się, powodując wybuch. Oliviera odrzuciło do tyłu. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą stał Jack, teraz kłębił się ogień. Szaleńczo biegnąc przez zasypywane przez gruz podziemne tunele (Kurna! Kto to wszystko wykopał?), dostrzegł zmasakrowane ciało Janowskiego (miał rozpruty brzuch, z którego wystawał żołądek i jelita, oraz pocięte do krwi ramiona), martwego chłopaka z czarnymi włosami i w białej bluzie [zgadnij, kto to!] bez ust i nastolatkę w masce i o bladej skórze pozbawioną włosów [zgadnij, kto to!].

Olivier wygrzebał się spod ruin. Jego twarz była osmolona, przez co wyglądał jeszcze bardziej złowieszczo i diabelsko. Linki nie zgubił, wciąż miał ją przy sobie. Piekły go oczy. To znaczy - jedno oko. W miejscu, gdzie powinno znajdować się drugie, czuł pustkę i powiew świeżego powietrza. Wstawał świt. W świetle wschodzącego słońca Olivier powiedział:


- Jeszcze cię dorwę, ch*ju.

Spojrzał w górę i powtórzył to samo, tylko na cały głos:

- Jeszcze cię dorwę, ch*ju!!!


Autorka:

Marta the WriterDyskusja[Wkład]

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki